Nad morzem

Opublikowano: 27.05.2011 o 23:50 przez mat w Latanie, Szwecja

Byłem dzisiaj nad morzem, konkretnie 10 kilometrów nad morzem. Samolot znany mi z wycieczki do Odessy. Wcześniej w Sztokholmie pogoda znowu się zepsuła – widać nie należało jej chwalić zbyt wcześnie, znów było szaro i wietrznie. Dopiero przed samym startem wypogodziło się nieco. Z innych spostrzeżeń – Sztokholm w piątek po południu był dosyć mocno zakorkowany – taksówka na lotnisko dosyć długo przebijała się przez miasto w drodze na autostradę na lotnisko. Na lotnisku wymuszają skorzystanie z maszyny do samodzielnego odprawiania się, tylko był problem, że z naszymi biletami nie działała – po wpisaniu numeru referencyjnego rezerwacji, wyświetlił się komunikat kierujący do obsługi. Dopiero po upewnieniu się, że faktycznie nie udało nam się odprawić, pozwolili nam ustawić się w kolejce do pań dokonujących odprawy w sposób klasyczny.
Poza tymi drobnymi niedogodnościami na lotnisku, pobyt w Szwecji się udał – dobre szkolenie, po godzinach udało się poznać kawałek miasta, zazdroszczę Szwedom rozwiniętej infrastruktury rowerowej – więc rower stanowi tam bardzo skuteczny i szybki środek lokomocji (o ile nie pada nadmiernie i nie wieje). Zazdroszczę też Szwedom szwedzkich rowerzystek – wprawdzie kiedy jeżdżę do pracy na rowerze, spotykam polskie – też fajne – rowerzystki, ale jest ich dużo mniej niż w Sztokholmie.

Dziewczyny na rowery

Opublikowano: 27.05.2011 o 0:43 przez mat w Rower, Szwecja

Czasem dobrze jest ponarzekać – wczoraj wyraziłem swoje niezadowolenie z pogody, a dzisiaj ani nie padało, ani wiatr zbyt mocny nie wiał, dzień był naprawdę przyjemny. Po dzisiejszym szkoleniu planowałem zwiedzić muzeum fotografii, a że było ładnie, zamiast jechać prosto na miejsce, postanowiłem się przejść (odległość wynosiła mniej więcej 2-3 wyspy). Chciałem jeszcze raz zobaczyć stare miasto – Gamla Stan, bo wczoraj ani nie trafiłem na rynek, ani na najwęższą uliczkę miasta (to właściwie takie schody są, w najwęższym miejscu mają 90 cm szerokości). Spacer zabrał mi sporo czasu, przy okazji znalazłem też siedzibę Akademii Szwedzkiej z muzeum Alfreda Nobla, pomnik świętego Jerzego zabijającego smoka (może powinni wziąć przykład z Krakowa, żeby smok zionął ogniem?), wszystko oświetlone niskim, popołudniowym słońcem.
W trakcie zwiedzania czasem mam wrażenie, że dane miejsce już gdzieś widziałem w innym miejscu – jak na razie Sztokholm bywa Szczecinem, Rygą, Tallinem, czasami (pojedyncze uliczki Gamla Stan) Pragą. Na starym mieście widać też na końcu uliczek, na samym dole, wodę i statki gdzieś przy brzegu – to, tylko w dużo większej skali, można zobaczyć za to na przykład w Nowym Jorku.
Muzeum fotografii znajduje się na kolejnej wyspie – przejechałem jedną stację metrem, wysiadłem w dosyć przypadkowym miejscu, które okazało się być biegnącą pod górę ulicą zamienioną na deptak z pasem rowerowym. Sztokholm jest takim miastem, gdzie rowerów wszędzie jest dużo, ale najczęściej jednak widać tylko te, które są zaparkowane przy biurach, stacjach metra, kawiarniach. Tutaj rowery nadjeżdżały falami (tak regulowała ruch sygnalizacja świetlna), przez dobre kilkadziesiąt minut obserwowałem kto i jak tutaj jeździ. Wydaje mi się, że większość osób na rowerach stanowią panie (chyba że po prostu bardziej zwracam uwagę na blondynkę na rowerze, niż na kozaka podjeżdżającego na górę na ostrym kole) – zarówno na eleganckich, bardzo wygodnych rowerach miejskich, jak i na takich, które już dosyć mocno są poobijane, z powyginanymi koszykami na kierownicy, także na rowerach szosowych. Ubiór też bywa różny – zdarza się kombinacja zawierająca szpilki(!), mini i kask (warkocz wystaje spod kasku), może być też obcisłe wdzianko rowerowe, albo i zestawy całkiem mieszane.
Z tego całego obserwowania w końcu zrezygnowałem z wizyty w muzeum fotografii – ale co sobie miasta zobaczyłem to moje, więc chyba fotografie mogą poczekać na inną okazję. W piątek po szkoleniu kierujemy się na lotnisko, więc więcej raczej nie pozwiedzam już. Szczęście że Islandczycy wyłączyli już wulkan i chyba można będzie normalnie lecieć.

Pogoda zmienną jest

Opublikowano: 25.05.2011 o 22:41 przez mat w Szwecja

Od kiedy jestem w Sztokholmie, jedynym w miarę stałym elementem tutejszej pogody jest to, że mocno wieje (a czasem jeszcze mocniej). Jeśli wychodząc z hotelu zakładam okulary przeciwsłoneczne, mam zagwarantowany deszcz, jeśli nie zakładam (bo już pada), to po 30 minutach będzie świecić słońce.
Szkolenie organizowane jest w jednym z wyższych budynków miasta, więc widok jest przedni – widać też, jak zmienia się konfiguracja chmur na niebie. Dzisiaj w godzinach południowych było całkiem ładnie, po szkoleniu zrobiło się trochę szaro, a kiedy dotarliśmy na wyspę Gamla Stan – sztokholmskie stare miasto, zaliczyliśmy oberwanie chmury. Na szczęście udało się schować w przejściu (bramie?) przez parter kamienicy.
Oberwanie chmury dopadło też nas wczoraj – pojechaliśmy zwiedzić wykutą w skale stację metra Kungsträdgården (pod ziemią nie padało), po wyjściu na górę i zorientowaniu się, gdzie mniej więcej jesteśmy, weszliśmy na most, robię zdjęcia, nagle słyszę:
– Ty, patrz jak tam leje!
Faktycznie, budynek parlamentu było ledwo widać zza ściany wody. Mniej więcej po 15 sekundach ulewa dotarła do nas.
Pomimo pewnych problemów z pogodą, wczoraj odnieśliśmy sukces, mianowicie udało nam się znaleźć normalny sklep spożywczy
Jeszcze ze zwiedzania dzisiejszego – w środy jest dłużej czynne muzeum okrętu Vasa, więc można było po zakończeniu dzisiejszej sesji szkoleniowej wybrać się i obejrzeć XVII-wieczny okręt wydobyty w 1961 z Bałtyku. Podobno jest to najpopularniejsze muzeum w Szwecji. Zwiedzanie zabrało nam 2 godziny – w budynku muzeum można zobaczyć zarówno sam okręt, jak i rzeczy wydobyte z wraku, w sali kinowej film o tym, czemu okręt zbudowano, jak zatonął i jak został znaleziony, wydobyty i zakonserwowany.

Cóż, że w Szwecji?

Opublikowano: 23.05.2011 o 0:50 przez mat w Latanie, Szwecja

Przyleciałem w niedzielę wieczorem do Sztokholmu. Samolot się niestety spóźnił, więc zamiast o 19:55, wylecieliśmy po 21. O tej porze roku na północy dzień jest dłuższy, więc przed godziną 23, kiedy wylądowaliśmy, niebo wcale nie było specjalnie ciemne – dziwne wrażenie, zwłaszcza że zegarków przestawiać nie trzeba.
W Sztokholmie będę się szkolić przez cały tydzień, a na razie – spać!

Inna Europa, Inna Literatura

Opublikowano: 20.03.2011 o 17:37 przez mat w Rękopis znaleziony w plecaku

Książki ostatnio głównie czytam w drodze – przynajmniej jeśli mam miejsce siedzące w autobusie czy pociągu. Od czasu do czasu łapię się na tym, że im bardziej czytam daną książkę, tym bardziej czuję, że jest po prostu dobrze napisana. Niekoniecznie chodzi o to, czy historia jest ciekawie przedstawiona – ciekawe i wciągające historie piszą też scenarzyści serialowi – bardziej o to, że czytając stopniowo zdaję sobie sprawę, że ta książka mówi o tym, co chcę usłyszeć, oraz przedstawia to tak, że świetnie się ją czyta, że wnosi coś nowego i świeżego. Ostatnio najczęściej biorę się za Wydawnictwo Czarne, głównie ich serię Inna Europa, Inna Literatura. Niedawno czytałem Tarasa Prochaśki Z tego można zrobić kilka opowieści. Nie wiem, czy to przez odwołania do bliższej i dalszej historii Ukrainy, Galicji, miasta, które raz nazywa Iwano-Frankiwskiem, a chwilę później, w opowieści o babce, domu rodzinnym – już jest Stanisławowem, czy może przez to jak splótł Lwów, swoich synów i Hrabala – ale to jest właśnie jedna z takich książek, po których lekturze doznaje się pewnego rodzaju olśnienia.
Jest kilka serii wydawniczych, które właśnie trzymają tak bardzo wysoki poziom, że można kupować książki w ciemno. Dziadek zbierał serię Naokoło Świata – mówił mi, że ze stu kilkudziesięciu książek, może dwie okazały się być słabe. Przypomniałem sobie o tym niedawno, kiedy naprawdę ciężko szło mi czytanie książki z tejże serii. Wychodzi na to, że to właśnie jeden z tych słabych wyjątków – znalazłem nawet w książce, bardziej na początku niż na końcu, starą zakładkę. Sam również nie byłem w stanie przeczytać więcej.

Bilet

Opublikowano: 26.02.2011 o 17:59 przez mat w Kolej, Polska

Wsiadam dzisiaj do pociągu, stacja początkowa – w wagonie jeszcze dosyć pusto jest. Bardzo miła, mówiąca z pięknym wschodnim zaśpiewem, starsza pani jedzie do Szczecina – w czasie ferii zajmowała się wnukiem, a teraz wraca do siebie do domu.
Jest jeszcze kilka minut do odjazdu, a pani nagle zaczyna przeglądać kieszenie (swoje), podłogę (wagonu), torebkę i inne zakamarki. Okazało się, że nie może znaleźć biletu. Też zacząłem szukać, ale im bardziej szukaliśmy, tym bardziej biletu nie było. Znalazła się za to kartka z zapisanym numerem telefonu do syna. Całe szczęście że byłem już w pociągu, bo pani nie ma komórki, zadzwoniliśmy z mojego telefonu.
Okazało się że syn był tak zaaferowany tym, żeby nie zgubić biletu, że wziął bilet ze sobą do samochodu. Przybiegł jeszcze raz do pociągu, a że pociąg już odjeżdżał – tylko przekazał bilet komuś z obsługi. Pan konduktor przyniósł rzeczony bilet do ostatniego wagonu i przekazał mojej współpasażerce. Pani, kiedy trochę ochłonęła, zaczęła się zastanawiać czy syn powie o tym w domu swojej żonie – wyszło na to, że raczej powie, bo okazało się że babcię odprowadzał nie tylko jej syn, ale i starsza wnuczka, więc trudno byłoby zachować tajemnicę w domu.
Ponieważ aktywnie pomagałem w odzyskaniu zgubionego biletu, pani po jakimś czasie, w ramach podziękowania, postanowiła zachować się jak typowa babcia, czyli zaproponowała że mnie nakarmi ciastkiem czy bułką. Na szczęście (zgodnie z prawdą) wytłumaczyłem się, że właśnie niedawno zjadłem obiad i jeszcze nie czas na deser.

Najsłabsze ogniwo (czyli szczęście trzeba mieć)

Opublikowano: 26.01.2011 o 0:43 przez mat w Rower

W poniedziałek rano, w drodze do pracy, zauważyłem (a właściwie usłyszałem) niepokojące objawy gdzieś w okolicach napędu roweru – jakby biegi w piaście były źle wyregulowane, albo łańcuch przeskakiwał. Poza tym rower jechał nawet sprawnie, więc dopiero na parkingu spróbowałem się przyjrzeć co mogło się stać. Jakoś uparłem się na uznanie linki do zmiany biegów za przyczynę problemu – faktycznie w jedną stronę zabrakło mi możliwości dalszej regulacji. Ze źle wyregulowaną linką da się jeździć, tylko czasem niższe biegi nie wchodzą tak jak trzeba – w ostateczności trzeba jechać na najwyższym biegu, co może nie jest przyjemne (bo ciężko się jedzie), ale na krótkim dystansie nie stanowi to problemu.
Wieczorem wyjeżdżam sobie z pracy, napęd coraz częściej strzela, ale można jechać. Po kilkuset metrach okazało się że jednak nie można – łańcuch się zerwał. Pozbierałem go do torebki foliowej (cały w smarze był) i już wyobrażałem sobie dwukilometrowy spacer z rowerem do domu, bardzo przyjemny, biorąc pod uwagę to, że właśnie śnieg zaczął prószyć. Na szczęście w tym wszystkim okazało się że było to najlepsze miejsce do zerwania łańcucha wieczorową porą w Poznaniu – bo pod wejściem do Galerii Malta, w której znajduje się sklep sportowy z serwisem rowerowym (a o tej porze roku raczej narciarskim), czynnym do godziny 22.
Początkowo chciałem od razu kupić nowy łańcuch i dać go założyć w serwisie, ale okazało się, że w styczniu takiej części w tym sklepie nie kupię. Uczynny pan serwisant jednak stwierdził że trzeba wspomóc kolegę rowerzystę w potrzebie, więc jedno zerwane ogniwo dosztukuje z jakiejś końcówki łańcucha (łańcuchy z reguły sprzedaje się dłuższe niż potrzeba, żeby było z czego je skracać). Rozpoczęły się poszukiwania pasującego ogniwa, niestety po sezonie mieli większe porządki w serwisie i trochę przydatnych rzeczy przy okazji zniknęło. Perspektywa spaceru z rowerem znów stawała się bliższa, ale wtedy pan serwisant wyciągnął tajną broń – breloczek zrobiony z kilku ogniw łańcucha pasującego rozmiarem do mojego. Breloczek został rozkuty, ogniwo idealnie pasowało do mojego łańcucha (przynajmniej rozmiarem, bo kolorem już niekoniecznie – nowe jest srebrne, a stare – czarne). Samo założenie łańcucha powinno już być prostą rzeczą, ale okazało się że nie do końca – potrzeba było zluzować tylne koło, wtedy można było zapiąć łańcuch, jeszcze trochę walki ze skuwaczem (takie urządzenie do zakładania łańcucha), z powrotem dokręcić tylne koło i już było gotowe. Przy okazji dowiedziałem się czemu pan serwisant tak się ucieszył na widok roweru do naprawy – ostrzenie i smarowanie nart jest mniej ciekawym zajęciem niż serwisowanie rowerów. Wymieniliśmy parę uwag na temat ram stalowych, w szczególności tych łączonych na mufy, mój rower też został nieco skomplementowany – ma fajną korbę.
Przy kasie też się trochę zdziwiłem – koszt usługi wyniósł 5 (słownie: pięć) złotych!

Szczecin

Opublikowano: 1.11.2010 o 12:44 przez mat w Kolej, Polska

Wymyśliłem sobie, żeby w sobotę pojechać do Szczecina. Nigdy tam nie byłem, niedawno otwarto fajne muzeum, pogoda przyzwoita, czyli był powód żeby opracować jakiś plan. Gorszą częścią planu było to, że mój pociąg z Poznania do Szczecina odjeżdżał o 6.33 rano. Dzielnie ustawiłem sobie budzik na 4.44, a kiedy zadzwonił, włączyłem radio. Radio dosyć skutecznie ignorowałem przez blisko godzinę, w końcu zaśpiewała Edyta Górniak – tego już nie wytrzymałem i wstałem. Nawet udało mi się dobiec do tramwaju, na dworzec wszedłem w momencie kiedy mój pociąg podstawiał się w perony.
Po niecałej godziny jazdy za oknami zaczęło świtać. W okolicy Krzyża pociąg jechał po wysokim nasypie, poniżej z porannego mleka wyłaniały się pola, parę domów i linia kolejowa przebiegająca pod naszą. Nasyp stawał się coraz niższy i pociąg wjechał we mgłę. Wypogodziło się dopiero w lesie. Przez las jedzie się kilkadziesiąt minut, co kilka pociąg zatrzymuje się na stacyjkach – większość to niewielki budynek, kawałek wąskiej brukowanej drogi, zarośnięta rampa przeładunkowa. Jedna z takich stacji ma afrykańsko (a może indyjsko?) brzmiącą nazwę – Słonice, Wikipedia podaje że w miejscowości Słonice w 2007 roku mieszkały 82 osoby.
Przed godziną 10 dojechałem w końcu do Szczecina. Korzystając z pogody, zamiast od razu pojechać do muzeum, zrobiłem sobie przechadzkę wzdłuż rzeki, aż do Wałów Chrobrego. Cały brzeg obstawiony jest przez wędkarzy, jeden z nich przy mnie złowił coś małego, (nie)stety zbyt małego i rybka powędrowała z powrotem do Odry. Pan wędkarz mówił, że w Szczecinie mieszka od 1946 roku, trochę narzekał że Szczecin to taka wioska z tramwajami teraz, bo duże zakłady poupadały. Przyznał jednak że jest co zwiedzać, że miasto jest ciekawie zbudowane – dużo wody, lasów, szerokie aleje i ulice. Na koniec pokazał mi najbliższe miejsca do zwiedzenia:
– Tu są Wały Chrobrego, o tu jest Akademia Morska, obok Muzeum Morskie i na końcu ta, no, Wojewódzka Rada Narodowa.
Niecałą godzinę później byłem już na placu Grunwaldzkim, wzorowanym na rozwiązaniach barona Haussmanna w Paryżu. W okolicy i przy samym placu zachowało się kilka secesyjnych kamienic – naprawdę ładnych, niestety są też bloki, pasujące tu jak pięść do nosa. Ogólnie Szczecin sprawia wrażenie miasta, w którym po wojnie dosyć bezładnie budowano – zabytki wymieszane są z wielką płytą, czasem są połączone w przedziwny sposób (blok doklejony do ściany istniejącej kamienicy, ale nie tak, żeby front kamienicy i bloku stanowiły prostą, bo blok musi mieć front metr głębiej, więc między blokiem a chodnikiem jest metr mizernego trawnika). Niedaleko dworca kolejowego co kawałek straszą ruiny i ślepe ściany, czasem brakuje frontowego budynku i jest tylko oficyna.
Później w końcu pojechałem do Muzeum Techniki i Komunikacji. Położone jest nieco na uboczu, otwarto je kilka dni temu. Szczecinianom udało się wykorzystać środki z Norweskiego Mechanizmu Finansowego i Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego, dzięki nim w dawnej zajezdni tramwajowej Niemierzyn znalazło się miejsce na zabytki techniki. Poza tramwajami i autobusami jest też spora kolekcja motocykli (w Szczecinie produkowano Junaki), w tym zestaw Sokołów (modele 200, 600, 1000 i powojenny Sokół 125).
Po wyjściu z muzeum, kilka przecznic dalej, na ścianie jednej z kamienic spod odpadającej farby widać niemieckie napisy – wrażenie podobne do tego, jakie odniosłem kiedyś w Wilnie, wychodząc poza wyremontowaną część starego miasta. W tej samej okolicy Szczecina są też znaki dla tramwajów regulujące kwestie pierwszeństwa przy przejeżdżaniu przez łuk – kolejna zaszłość przedwojenna (dawniej tramwaje były węższe i krótsze, więc na łukach tory mogły być bliżej siebie, a pojazdy jadące w przeciwnych kierunkach i tak mogły się wyminąć, „nowe” modele produkowane od lat 50. już się razem na łuku nie zmieszczą).
Jako że zostało mi jeszcze trochę czasu do odjazdu pociągu powrotnego, podjechałem do centrum, a tam przeszedłem się Miejskim Szlakiem Turystycznym. Szlak jest oznaczony przerywaną czerwoną linią namalowaną na chodniku – czyli dobrze że nie odwiedziłem miasta podczas opadów śniegu, bo bym szlaku już nie znalazł. Z ciekawych rzeczy – na Rynku Siennym, obok faktycznie zabytkowego ratusza, właśnie budują staromiejskie kamienice.

Wielkopolska pachnąca żywicą

Opublikowano: 4.10.2010 o 8:00 przez mat w Kolej, Polska, Rower, Wielkopolska

czyli innymi słowy złota wielkopolska jesień. Wybrałem się w niedzielę do Puszczykowa, do Muzeum Arkadego Fiedlera. Na wycieczkę mogłem pojechać pociągiem, ale że pogoda wyśmienita, a odległość od domu znośna (około 20 kilometrów), wygrał rower.
Z Poznania do Puszczykowa (a ogólnie – do Wielkopolskiego Parku Narodowego) prowadzą dwie drogi rowerowe. Ta dłuższa – Nadwarciański Szlak Rowerowy, prowadzi przez dłuższy kawałek przez las i nad brzegami zbiorników wodnych. Po drodze nawdychałem się świeżego powietrza na najbliższe dni – las jest mieszany, jesienne słońce jeszcze przygrzewa, wydobywając aromaty z drzew i szuwarów – w pewnym momencie się złapałem na tym, że zapach był trochę jak zapach miodu spadziowego. Z uwag praktycznych – jazda rowerem miejskim przez las (w tym las miejski) jest wykonalna, ale trochę trzęsie, a koła mają tendencje do zakopywania się zarówno w piasku jak i w błocie, nie mówiąc o tym, że brakuje jednego mostku, więc szlak rowerowy teoretycznie jest nieprzejezdny (na szczęście nie wiedziałem o tym przed wyjazdem, więc jakoś dałem sobie radę). Jako że trasa biegnie cały czas z grubsza równolegle do torów kolejowych, czasem można spotkać ciekawe budowle kolejowe. W Luboniu jest bocznica kolejowa z własnym mostem nad zbiornikiem Kocie Doły – most jest mostem kolejowo-drogowym, torowisko jest wyłożone płytami i o ile nie jedzie pociąg, samochód też przejedzie. Konstrukcja mostu jest stalowa, a na jego elementach można przeczytać napisy Königshütte – czyli pewnie powstała w obecnym Chorzowie, tylko za czasów cesarza.
Po dotarciu do Muzeum, przeszedłem przez Bramę Słońca, przypiąłem rower do ławeczki – zostawiłem go pod czujnym okiem Moai z Wyspy Wielkanocnej i wodza Siedzącego Byka. Ekspozycja wewnątrz muzeum pokazuje pamiątki z podróży Arkadego Fiedlera – na dalekie wyprawy zaczął jeździć w latach 20. XX wieku i tak mu już zostało przez następne pół wieku z okładem. Jest nieco zdjęć, niektóre całkiem inne od tego, co można zobaczyć teraz (Machu Picchu bez turystów, Indianie w tradycyjnych strojach, a nie zaplamionych t-shirtach), trofea myśliwskie (skóra węża boa, skóra niedźwiedzia, wypchany kajman i krokodyl), kolorowe okazy motyli i różne drobiazgi przywiezione z dalekich stron. Na jednej ze ścian ekspozycja różnych wydań książek Fiedlera – wydania przedwojenne, Dywizjon 303 w wydaniu podziemnym z czasów okupacji, wydania obcojęzyczne. Ponadto rzeczy stanowiące warsztat pracy autora – przedwojenna walizkowa maszyna do pisania (o ile stara maszyna z podpisem mówiącym, że na niej napisane zostały najbardziej znane książki autora, że miał ją ze sobą w dalekich stronach świata, jak najbardziej pasuje mi do muzeum, to wciąż nie potrafię sobie wyobrazić przyszłych muzeów ze starym zakurzonym laptopem, czy iCzymśTam z analogicznym podpisem), Rolleiflex i malutki kalendarz.
Na zewnątrz Muzeum znajduje się ekspozycja kopii rzeczy znanych głównie z fotografii w książkach podróżniczych – wspomniany posąg z Wyspy Wielkanocnej, Budda, indiańskie tipi i kanoe, nieduży Sfinks i piramida w skali 1:23 (wewnątrz piramidy sklepik z przekąskami i pamiątkami), a także replika 1:1 Santa Marii Kolumba. Santa Maria stoi w ogródku, można wejść po schodkach do środka, wewnątrz trochę informacji na temat wyprawy Kolumba, listy od księcia Cristobala Colona (w prostej linii potomka Kolumba właściwego, tego który do Indii płynął) i zdjęcia z jego wizyty w Puszczykowie na uroczystości odsłonięcia/zwodowania/zogródkowania(?) statku, a pod pokładem ekspozycja zdjęć z Ameryki Południowej z niedawnej wyprawy pod patronatem National Geographic. Ta wystawa była bardzo miłym zaskoczeniem dla mnie – nie spodziewałem się zobaczyć zdjęć z miejsc w których byłem – Cusco, Machu Picchu, granica Boliwii i Peru nad jeziorem Titicaca.
Bardzo fajne jest w takim muzeum to, że widać, że prowadzący je starają się o zapewnienie jak najciekawszej ekspozycji, nie jest to jedynie izba pamięci ku czci pisarza, coś się cały czas dzieje. Podejrzewam że duży wkład w zapewnienie takiego klimatu miejsca ma to, że muzeum jest prywatne i należy do rodziny Fiedlerów.
Ostatnią rzeczą, dosyć niespodziewaną, na którą się natknąłem w Puszczykowie, było to, że tego dnia w ogrodzie muzeum była zlokalizowana meta dwóch imprez samochodowo-turystycznych – Rajdu Jesiennego 2010 i Rajdu Piotra i Pawła 2010. Na początku trochę nie wiedziałem skąd taki tłum nagle się pojawił, ale potem zobaczyłem itinerer, kartki z prezentacjami o BRD, a na sam koniec doczytałem nazwę imprezy i sprawa się nieco wyjaśniła.
W drodze powrotnej postanowiłem pojechać drugą możliwą trasą rowerową – ścieżką rowerową wzdłuż drogi wiodącej przez Luboń do Poznania. Tym razem nawierzchnia była zdecydowanie przyjaźniejsza dla mojego roweru, tylko dwa razy stałem pod szlabanem na przejeździe kolejowym. Dzięki oczekiwaniu pod szlabanem, zorientowałem się że na stacji Puszczykowo, w dawnym budynku stacyjnym, jest teraz restauracja Lokomotywa. Jedzenie niezłe, choć porcje mogłyby być większe (chyba że po wycieczce organizm domagał się czegoś pożywniejszego). Można jedząc wyglądać za okno i obserwować przejeżdżające pociągi – przefajna sprawa.

Then we take Berlin

Opublikowano: 24.07.2010 o 13:33 przez mat w Kolej, Niemcy

Wracając do opowiadań berlińskich – noc, wprawdzie gorąca, ale minęła spokojnie. Dzień okazał się być równie upalny jak poprzedni, ale zwiedzać trzeba. Oczywiście zwiedzanie głównie w postaci obejrzenia gdzie znajdują się miejsca potencjalnie dobre do zwiedzenia. Na lepsze obejrzenie muzeów trochę czasu brakowało, a i przy niemieckich cenach biletów do muzeów, zwiedzanie losowo wybranego muzeum może okazać się niefajnym pomysłem.
Jak już wcześniej pisałem – miałem bilet teoretycznie dający zniżki do muzeów, ale nie miałem do niego informatora. Informator można wydrukować sobie z internetu, ale oczywiście zapomniałem o tym, a ponieważ porządek musi być, w kiosku informatory mają, ale tylko jeśli się tam kupi bilet, jeśli się kupiło w automacie (bo żaden kiosk nie był czynny w piątek o 22 na stacji Berlin Lichtenberg), to już informator nie przysługuje. Podobno (o ile dobrze zrozumiałem) są jakieś punkty obsługi klienta komunikacji miejskiej, gdzie taki informator można dostać jeśli się ładnie poprosi – tylko zupełnie nie po drodze mi było. Następnym razem trzeba będzie nieco lepiej się przygotować przed wyjazdem.
A propos automatów – mają za to w Niemczech inną, bardzo fajnie rozwiązaną rzecz – mianowicie automaty przyjmujące butelki plastikowe i puszki. Przy zakupie napojów w plastikowych butelkach (dowolnych także jednorazowych) pobierana jest kaucja (25 centów za butelkę 1,5 litra), którą można odebrać w dowolnym sklepie wyposażonym w taki automat. Trzeba tylko pamiętać, żeby nie uszkodzić etykiety z kodem paskowym na butelce. Efektem ubocznym jest to, że można spotkać sporo osób, które zbierają wszystkie możliwe puste butelki z chodników (w koszach na śmieci też szukają). W sklepie na dworcu głównym było kilku Polaków, którzy przytaszczyli całe pudło pustych butelek. Zorganizowali sobie pracę tak, że jeden dmuchał w pustą butelkę (tak żeby się mogła kręcić w maszynie i żeby kod paskowy było widać), a drugi obsługiwał maszynę. Jeśli butelka okazała się być taką, której maszyna nie rozpoznawała, dosyć głośno rzucali mięsem. Od razu zrobiła się długa kolejka (bo tych butelek było dużo), ale w końcu po kilku minutach skończyli i już za chwilę mogłem spróbować oddać swoje butelki. Oddałem, dostałem kwitek do kasy na 75 centów, po czym maszyna powiedziała że jest pełna, więc osoby stojące za mną w kolejce musiały pewnie znaleźć inny sklep z maszyną do oddawania butelek.
Wracając do niedzielnego zwiedzania – udało się obejrzeć pałac Charlottenburg (ale tylko z zewnątrz), trochę do Wilanowa podobny, nawet jakieś jezioro obok jest. Potem w autobus (tutaj polski akcent – przegubowce w Berlinie to w większości Solarisy, oczywiście w niemieckim stylu wsiada się tylko drzwiami obok kierowcy, a sam autobus ma tylko 3 pary drzwi – w porównaniu z warszawskimi, brakuje ostatniej pary drzwi), do U-Bahnu – stacja Richard-Wagner-Platz (na ścianach nawet chyba jakieś zdjęcia z oper są, a sama stacja pierwotnie powstała w 1906 roku i nazywała się inaczej, a obecną nazwę zyskała w 1935 roku), a potem chyba z jakąś przesiadką w stronę centrum. Tam najpierw do obejrzenia kościoły – Deutscher Dom i Französischer Dom, a dalej spacer w stronę Checkpoint Charlie.
Jeszcze przed Checkpoint Charlie na chwilę wstąpiłem do Starbucksa – klimatyzacja działała tam tak dobrze, że aż nie chciało się wysiadać, do tego mrożona czekolada i naprawdę ciężko było się zdecydować żeby wyjść na skwar na zewnątrz. Po obejrzeniu Charliego spacer w stronę zachowanego odcinka muru (obok muzeum terroru, ale już nie miałem czasu zwiedzić, zresztą chyba niekoniecznie chciałem), a stamtąd na plac Poczdamski. Plac, a właściwie budynki wokół, robią duże wrażenie, a zaraz obok jest Tiergarten – niestety ciężko było wejść, bo zrobili tam jakąś strefę dla kibiców, sprawdzali plecaki, kazali wyrzucać butelki (nawet te, które można oddać do recyklingu i odebrać kaucję), więc zrezygnowałem. Pozostała jeszcze kolejna przejażdżka piętrowym autobusem – niestety w odróżnieniu od parterowego Solarisa, nie miał sprawnej klimatyzacji, więc prawie się ugotowałem (Niemcy chyba zakładają że klimatyzacja będzie działała zawsze, więc tylko co drugie – trzecie okno ma taki malutki uchylany lufcik, który w trzydziestosześciostopniowym upale nic nie daje), ale za to po wyjściu z autobusu zrobiło się chłodniej!
Potem już powrót do Poznania (znów w wersji kombinowanej – do Kostrzyna niemieckim szynobusem, stamtąd już polskimi pociągami). Poza tym, że polski pociąg osobowy był spóźniony o godzinę, więc trzeba było kombinować w Krzyżu z przesiadką (ostatnia osobówka do Poznania już odjechała, ale za to był jakiś opóźniony TLK, więc nawet znośnie się udało dojechać).
Plan na następną wizytę – mniej więcej wiem co i gdzie jest w Berlinie, ale trzeba się wywiedzieć co konkretnie można na wyspie muzeów zwiedzić (i pewnie w innych miejsach też), oraz jakie są faktyczne promocje na bilety do muzeów, komunikację miejską itp. Kolejną częścią planu jest to, że powinno być chłodniej (kiedykolwiek następna wizyta w Berlinie się odbędzie).